Pytania w dziesiątkę

28 grudnia 2020r

10 lat to czas, w którym może się wiele zdarzyć, zwłaszcza w agencyjnym życiu. W 2010 r. powstała Lotna. Teraz, dekadę później, jest idealny moment na podsumowanie ostatnich lat. Kto zrobi to lepiej niż założyciele agencji – Anita Kamila Sochacka i Piotr Flis. Dwójce szefów zadaliśmy 10 pytań, z których wyłania się historia Lotnej.

Agencja wystartowała jako 2b design. Potem stała się Lotną. Skąd ta zmiana?

Anita Kamila Sochacka: Po 7 latach postanowiliśmy zmienić nazwę agencji. Było to trudne, ponieważ ze starą marką łączyła nas duża wartość sentymentalna. Przez ten czas 2b design miało już ugruntowaną pozycję na rynku i było rozpoznawalną oraz polecana firmą. Mieliśmy już wypracowane odpowiednie pozycjonowanie. Jednak pierwsze skojarzenie z naszą pierwotną nazwą nasuwało myśl, że zajmujemy się tylko designem, co akurat nie było zgodne z prawdą. Nasz zakres usług był dużo szerszy. W pewnym momencie poczuliśmy, że poza ładunkiem emocjonalnym ta forma nas ogranicza i było nam z nią niewygodnie. Intuicyjnie byłam pewna, że tę nazwę musimy zmienić, jednak biorąc pod uwagę stabilną pozycję 2b design wiedziałam, że ten pomysł wiąże się z dużym ryzkiem. Postanowiliśmy jednak podjąć bardzo odważną decyzję i tak 2b design przeistoczyło się w Lotną. Rynek zaskakująco szybko przyjął tę zmianę. W ekspresowym tempie wszyscy zapomnieli, że kiedyś nazywaliśmy się zupełnie inaczej.

Piotr Flis: W tym przypadku dałem się namówić Anicie. Oprócz intuicji przedstawiła racjonalne argumenty i to mnie przekonało. To była dobra decyzja.

Dlaczego założyliście agencję reklamową?

AKS: Powody idealnie oddaje tekst o naszej dwójce na stronie Lotnej – zawsze chciałam zbudować miejsce pozwalające na realizowanie się bez ograniczeń. Przestrzeń, która połączy ludzi z pasją i w której dam im swobodę wyrażania siebie.

PF:  Zawsze miałem w sobie nutkę przedsiębiorczości, szukałem pomysłów na własną firmę i okazji biznesowych. Do decyzji brakowało jednak pewniej kropki nad „i”. I tą kropka okazało się poznanie Anity, która swoją pasją pracy dodała mi odwagi. Ruszyliśmy więc z kopyta.

Jak wyglądały tzw. oczekiwania vs. rzeczywistość, jeśli chodzi o prowadzenie agencji?

AKS: Zanim założyłam agencję, wszystko wydawało się proste. Moją wizją było utworzenie pięknego miejsca, gdzie realizuje się tylko fajne rzeczy. Myślałam, że będę przebierać w briefach i realizować tylko to, co ze mną rezonuje. Szybko jednak okazało się, że nie ma w czym przebierać i zaczęła się walka o każde zlecenie. Minęło wiele lat zanim dojrzeliśmy do momentu, w którym możemy sobie pozwolić na wybieranie briefów czy rezygnowanie ze współpracy. Na tym etapie wiemy, że jeśli nie nadajemy na podobnych falach z Klientem, ze współpracy nie wyjdzie nic dobrego. Potrafimy odpuszczać zlecenia i to uważam za dojrzałość biznesową.

Dużym rozczarowaniem było dla mnie też to, że praca, która naprawdę mnie pasjonowała, musiała zejść na drugi plan. Musiałam stać się przedsiębiorcą, zająć się zarządzaniem zespołem, motywowaniem, koordynowaniem, księgowością, finansami, dokładnym budżetowaniem i całą procedura urzędową. Po drodze okazało się, że na pracę, którą wykonywałam przez wiele lat przed założeniem firmy, zostało mi niewiele czasu. Trzeba było przejść długą drogę z osoby pracujące we własnej firmie do osoby nią zarządzającej. Udało mi się, ale kosztowało mnie to sporo czasu i inwestycji w siebie. Teraz, patrząc na to z odpowiedniej perspektywy, wiem, że to pchało mnie do ciągłego rozwoju i w efekcie końcowym jestem w pięknym miejscu swojego życia. W tej chwili wiem, że było warto. Mam wspaniałą firmę. Uwielbiam tożsamość i charakter Lotnej.

PF: Myślałem, że będzie łatwiej. Na początku wszystko wydaje się proste i przyjemne, a potem człowiek mierzy się z codziennością. Największym problem od zawsze były w mojej ocenie sprawy urzędowe. Przedsiębiorca w Polsce musi być zarówno maganerem, jak i księgowym, HR-owcem itp. To trochę utrudnia sprawę, zwłaszcza na początku. Problemem były też sprawy finansowe. W Polsce startujące mikrofirmy, niestety, nie mają dużego wsparcia. Dla banków to żaden klient, a Państwo daje tylko niższy ZUS, który w chwili, gdy zaczynasz i nie zarabiasz nic, i tak jest za wysoki. Urząd potrafi „przywalić z bańki” pasjonatom i zgasić ich ambicje. Musieliśmy też szybko zmierzyć się z różnicą, jaką jest praca dla siebie, a praca u kogoś. Przykład – dla accounta najważniejsze jest utrzymanie klienta lub zakończenie projektu. Jako przedsiębiorca muszę czasem podjąć decyzję o zakończeniu współpracy ze względu na brak opłacalności, a to jest coś, czego musiałem się bardzo długo uczyć.

Największy sukces i porażka agencji?

AKS: To ja opowiem o sukcesie, a o porażkach niech mówi Piotrek. Dla mniej największym sukcesem agencji są ludzie. Zbudowaliśmy świetny zespół. To ludzie z pasją i doświadczeniem, którzy uzupełniają się wzajemnie. Wszyscy mają zajawkę życia i pracy, rozwijają się prywatnie i zawodowo oraz wnoszą dużo do Lotnej. Każdy wyraża się w inny sposób, a ja z wielką radością daję im do tego przestrzeń. Lubimy się prywatnie i uzupełniamy zawodowo. Budowanie zespołu to była najtrudniejsza rzecz w dziejach Lotnej.

Wypadkową tego jaki mamy zespół, jest jakość, którą wnosimy w rynek. Zdecydowanie to nasz duży atut. Wszystkim nam zależy, abyśmy robili fajne i dobre rzeczy. Czasem mam na tym punkcie spory z w moim wspólnikiem, który pilnuje, żeby moje upodobania do idealnych realizacji i wypieszczonych szczegółów, szły w parze z budżetem. Drugim równie ważnym sukcesem firmy są Klienci. Współpracujemy z takimi, którzy są z nami od pierwszych dni założenia firmy i to jest dla mnie ogromna satysfakcja.

PF: Mi przypada porażka. Największa była prawie na samym początku, w pierwszym roku działalności firmy. Zaczęliśmy współpracę z marką należącą do Grupy Belvedere. Szykowaliśmy kampanię wizerunkową promującą jedno z win z portfolio klienta. Tworzyliśmy strategię, konkursy na social media, opracowywaliśmy materiały reklamowe, w tym gadżety. I niestety, ten ostatni punkt okazał się ogromnym problemem. Na etykiecie wina umieszczone były kolorowe pasy. Jako wsparcie kampanii letniej produkowaliśmy na zamówienie klienta bardzo dużą ilość parawanów plażowych. Wyprodukowaliśmy je – były świetnej jakości i prezentowały się naprawdę dobrze. Jednak klient ich nie przyjął.

Cały nakład poszedł do śmietnika, bo okazało się, że nadrukowana była nie ta kolorystyka pasów. Wino miało etykietę letnią i zimową, my wydrukowaliśmy tę drugą, o czym nie wiedzieliśmy. Mieliśmy oczywiście wszystkie akcepty na mailu, a klient widział wzór. My z Anitą, jednak jako nowi przedsiębiorcy, wzięliśmy winę na siebie. Ważne było dla nas zadowolenie klienta i jego utrzymanie. Finansowo była to ogromna wtopa. Zrobiliśmy sobie dług, który spłacaliśmy latami. Gdy opadł już kurz i zaczęliśmy myśleć trzeźwo, okazało się, że to klient się pomylił i nie była to nasza wina. Trochę tu daliśmy się wykorzystać. To jest właśnie taka sytuacja, o które wspominałem wyżej. Dziś spojrzelibyśmy na to inaczej. Musieliśmy przejść długa drogę z pracownika do właściciela.  

Kampania, z której jestem najbardziej dumn(a/y)?

AKS: Jest wiele takich prac, ponieważ w ostatniej dekadzie zrobiliśmy bardzo dużo fajnych i prestiżowych realizacji. W tej chwili przychodzi mi do głowy zmiana tożsamości wizualnej Lotniczej Akademii Wojskowej. To był bardzo trudny projekt, który skończył się sukcesem, ale ta praca nauczyła mnie zawodowej pokory. W realizacji po stronie Klienta było zaangażowanych wiele osób decyzyjnych, włącznie z Generałem-Komendantem. Każdy miał swoją wizję tej pracy oraz różny stopień przywiązania do tradycji Uczelni. Współpraca z wojskiem była dla mnie zaskakująca. To środowisko bardzo zżyte ze swoją symboliką. Pewne swojego prestiżu i w niektórych przypadkach niechętne zmianom, które wymusza rynek. Pracowaliśmy przy tym projekcie ponad rok i w efekcie końcowym nawiązaliśmy świetną relację z ludźmi po stronie Akademii, która trwa do dziś. Mogłabym o tym projekcie opowiadać długo, ale wspominam go w tej chwili z wielkim ciepłem na sercu. To była przygoda bez trzymanki. Ogromną satysfkację daje mi również wygrywanie przetargów, w których często mierzymy się z dużymy agencjami sieciowymi. Sukcesem jest dla mnie to, że nasza Lotna mierzy się z podmiotami kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy większym i daje radę!

PF: Hmm, sporo tego było. Myślę że odpowiedź będzie na zasadzie – „Z czego jesteś najbardziej dumny?”. Udało nam się zbudować naprawdę fajny zespół. Znaleźliśmy świetnych ludzi. Z pasją, wiedzą i zajawką na to, co robią. Super identyfikacje dla Metropolii Krakowskiej oraz Lotniczej Akademii Wojskowej. Ta pierwsza to przykład wszystkiego, co może pójść dobrze, czyli dobry brief, szybka decyzja i elastyczny klient. Druga jest odzwierciedleniem długiego procesu twórczego z dużą liczbą osób decyzyjnych. Trudny projekt, ale bardzo prestiżowy. Jako młody chłopak słyszałem o Szkole Orląt wiele. Nie było to może moje marzenie, ale wielu moich dobry kumpli próbowało się tam dostać, a tylko kilku się ta sztuka udała. Dlatego gdy dowiedzieliśmy się, że będziemy zajmować się tożsamością LAW, poczułem mega dumę. Naprawdę fajnie wyszło. To były jednak pojedyncze prace. Powodem do dumy jest też pozyskanie i utrzymanie klienta przez lata. Mamy takich, którzy są z nami od prawie samego początku – Krajowa Izba Rozliczeniowa, Grupa Bosch, Trouw Nutrition, Inpharm, Saaten-Union i wielu innych. Utrzymanie klienta na tak konkurencyjnym rynku to niełatwa sprawa i dlatego jest powodem do dumy.

Jedna rzecz, którą bym zmienił(a) w ostatnich 10 latach?

AKS: Nie zmieniłabym nic. Każda porażka i sukces były dla mnie lekcją. Jestem wdzięczna za wszystko.

PF: Szybciej bym zwalniał, a dłużej zatrudniał. To jest w sumie taka mantra pracodawców, z którą teraz, po latach, się zgadzam i dopiero w pełni ją rozumiem. Rozstanie się z pracownikiem to dla pracodawcy chyba najtrudniejsze zadanie, dlatego często bez końca daje mu się szansę. Kolejną i kolejną, i kolejną. Dziś wiem, że to nie ma sensu. Jak coś nie gra, to nie zagra nawet wtedy, gdy bardzo tego chcemy – a zły pracownik to szkoda dla zespołu, klientów i dla całej firmy. Lepsza i dokładniejsza rekrutacja pewnie pozwoliłaby uniknąć wielu wtop, ale na początku zawsze traktuje się to po macoszemu. To są dwie kwestie, w których działaliśmy mega źle i które bym wtedy zmienił. Nie dawałbym także poprawek w cenie. Często jest ich więcej niż samego tworzenia. Zgadzam się z Anitą, że wszystko jest lekcją, jednak, jak w szkole, nie zawsze na wszystkie lekcje udaje się dotrzeć.  

Moment, który był największym wyzwaniem dla Lotnej?

AKS: Rok 2020, nie obyło się bez strat. Na szczęście w tej chwili mamy się już całkiem dobrze. Wszyscy jesteśmy zdrowi i gotowi na nowe wyzwania.

PF: Covid, bez dwóch zdań. Mam nadzieję, że skończy koniec pandemii jest blisko i 2021 nie będzie powtórką tego samego. A wcześniej chyba narodziny mojego pierwszego dziecka. Wtedy wszystko mocno się przestawia w życiu. Do tamtego momentu byłem dostępny 7 dni w tygodniu, potem musieliśmy trochę przeorganizować życie. Ale daliśmy radę i dajemy dalej.  

Plany na następne lata?

AKS: Jeśli mam odpowiedzieć na to pytanie jako przedsiębiorca, to powiem, że chciałabym rozwinąć zespół dwukrotnie – rzecz jasna, wszystko za sprawą satysfakcjonujących kampanii. Jednak bliższe mi jest stwierdzenie, że nie planuję. Jestem uważna na to, co przynosi życie i z tej otwartości staram się kreować codzienność.

PF: Lotna, Lotna i jeszcze raz Lotna. Promujemy, rozbudowujemy, rozszerzamy działalność. Ale nie będziemy opowiadać, tylko pokażemy.

Agencyjna anegdota, którą będę powtarzać do końca życia?

AKS: Przez dekadę uzbierało się tego wiele i w zasadzie codziennie tworzą się nowe. Oczywiście te najbardziej zabawne to zawsze są wtopy, a tych było naprawdę sporo. Jeśli miałabym wybrać jedną, to prezentacja u pewnej globalnej marki, kiedy to zostaliśmy wybrani w drodze przetargu do ścisłego finału dużego przedsięwzięcia. Podczas spotkania oblałam wrzątkiem osobę decyzją z zarządu firmy. Zalałam wszystko – i panią, i jej komputer… Na szczęście wyszliśmy z tego z humorem, bo sekundę po wpadce Piotrek z kamienną twarzą rzucił: „No to już teraz nie musimy lać wody, przejdźmy więc do konkretów.” Dodam, że dostaliśmy to zlecenie z adnotacją, że jesteśmy bardzo kreatywną agencją i mieliśmy wielkie wejście.

PF: Najlepszymi anegdotami są zawsze słynne fakapy – od zalania wrzątkiem klienta na spotkaniu, poprzez zaszyte w templatach niecenzuralne słowa. Ale po szczegóły to już zapraszamy do nas na kawę, wtedy opowiemy.

W alternatywnej rzeczywistości był(a)bym?

AKS: Ale ja cały czas jestem w alternatywnej rzeczywistości!

PF: Albo bym zawodowo chodził po górach, albo biegał z karabinem. Jedno z dwóch i tylko alternatywny układ losu sprawił, że jestem tu, gdzie jestem.